Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Pod urokami ekranu. W kinie rewelacja - Christopher Nolan mierzy się w "Oppenheimerze" z kwadraturą koła

Henryk Tronowicz
„Oppenheimer” został przez Nolana skomponowany według dawnych doskonale sprawdzonych narracyjnych zasad dobrego kina. Z tym, że tym razem Nolan posłużył się sprowadzonym do niewiarygodnej dyscypliny montażem krótkich ujęć. Tnąc arbitralnie jedno ujęcie po drugim, często nawet jak gdyby nie dbając o przejrzystość fabularną, reżyser uzyskał nową jakość stylistyczną. A toć szaleńcze tempo opowiadania mocno podnosi emocje. Ekranowy Oppenheimer bierze udział jakby w wyścigu, niczym w jakiejś grze na czas.
„Oppenheimer” został przez Nolana skomponowany według dawnych doskonale sprawdzonych narracyjnych zasad dobrego kina. Z tym, że tym razem Nolan posłużył się sprowadzonym do niewiarygodnej dyscypliny montażem krótkich ujęć. Tnąc arbitralnie jedno ujęcie po drugim, często nawet jak gdyby nie dbając o przejrzystość fabularną, reżyser uzyskał nową jakość stylistyczną. A toć szaleńcze tempo opowiadania mocno podnosi emocje. Ekranowy Oppenheimer bierze udział jakby w wyścigu, niczym w jakiejś grze na czas. mat. prasowe
Christopher Nolan tworząc ekranową biografię Oppenheimera pokazał nie tylko arcymistrzowski warsztat reżyserski, ale zaimponował próbą rozwiązania kwadratury koła, w jaką zapętliła się kontrowersyjna osobowość słynnego fizyka

Scenariusz dzieła filmowiec oparł w dużej mierze na podstawie wydanej w USA w roku 2005 książki Kai Birda i Martina J. Sherwina „Oppenheimer, triumf i tragedia ojca bomby atomowej” (tytuł oryginału „American Prometheus”). Nolan starał się z książki autorów wybrać główne wektory biografii tej wielkiej, zasłużonej postaci, jaką w dziejach ludzkości był Oppenheimer (w filmie wybitna rola Cilliana Murphy) . Jednak nic, co ludzkie, nie może być doskonałe. A kino to tylko kino. Ekran filmowy specjalnie nie sprzyja spekulacjom natury antropologicznej. Z kolei jednak czytelnik książki Birda i Sherwina może czuć się zaskoczony, kiedy autorzy stwierdzają, że: „Podejście Oppenheimera do fizyki było eklektyczne”. Jak to eklektycze, skoro promotorem doktoratu Oppenheimera z fizyki kwantowej był Max Born, a toć Oppenheimer miał na koncie niezwykłe odkrycia naukowe, choćby przewidziane przezeń, potwierdzone później, istnienie czarnych dziur.

Literatura toleruje podobne zabiegi, zawiłe intrygi personalne, czy w tym wypadku rozdźwięki wokół amerykańskiego Programu Manhattan - sprzeczne zdania rozrzucone na odległych stronach tomu. Arcydzieło filmowe można przyrównać do „jednego jędrnego zdania” (a jeśli też jest złożone, to z powodu zupełnie innych form przekazu).

Obiekcje natury moralnej

Do momentu zrzucenia bomby na Hiroszimę, Oppenheimer z całym zapałem pracował nad powodzeniem szykowanej operacji. Po nadejściu informacji o jej sukcesie, triumf uroczyście uczcił i miał nawet powiedzieć, że szkoda, że nie udało się wyprodukować bomby wcześniej, wszak można by ją zrzucić na Niemcy. Tu wszelako dotykamy kwadratury koła. Po wykonaniu misji z użyciem bomby, Oppenheimerem zaczęły silnie targać obiekcje natury moralnej, a wewnętrzne rozterki nie opuściły go do końca życia. To prawda, fizyk wcześniej niejednokrotnie uczestniczył w debatach, w których wymuszenie zakończenia II wojny światowej w tak drastyczny sposób, na jaki ostatecznie zdecydował się prezydent Truman, nie uzyskiwało poparcia większości uczestników. Ale żadna większość nie mogła dać gwarancji, że wojna rychło skończy się naturalnym biegiem rzeczy.

Kwestia patriotycznej lojalności

Sypiące się od paru tygodni - głównie w mediach amerykańskich - entuzjastyczne opinie o filmie „Oppenheimer”, można było przed premierą traktować jako standardowe reklamy. Po premierze już nie można. Christopher Nolan, kreując biograficzny wizerunek Roberta Oppenheimera, przedstawia na ekranie dziesiątki jego spotkań prywatnych, towarzyskich, rozmów politycznych często nieformalnych. Nolan, w rytmach pospiesznej narracji, ukazuje bezmiar okoliczności i faktów, które łączyły się z osobą Oppenheimera, kiedy był dyrektorem naukowego Projektu Manhattan.

W ośrodku badań jądrowych Los Alamos, w trakcie budowy bomby, przez kilka lat kierował czterotysięczną załogą. Niemalże na krok Oppenheimera nie odstępował generał Leslie Groves, co do patriotycznej lojalności którego władze zastrzeżeń mieć nie mogły (doskonała rola w filmie zagrana przez Matta Damona).

Krew na rękach Oppenheimera

Nolan rzetelnie przedstawia, wywoływane po wojnie przeciw Oppenheimerowi gorszące awantury. Wprawdzie zrzucenie bomb atomowych przez amerykańskie bombowce na Hiroszimę i Nagasaki położyło kres nie kończącej się II wojnie światowej, jednakże trudno było przejść do porządku dziennego z powodu traumy po straszliwej tragedii, która pochłonęła setki tysięcy ofiar (choroba popromienna zbierała ponure żniwo przez długie lata).

Pokój osiągnięty za tak ogromną cenę stał się przedmiotem gorących sporów i dociekań. Oppenheimer zeznawał przed Senatem, przed komisją do badania obywatelskiej lojalności . Tymczasem w roku 1946 prezydent Truman podpisał ustawę przewidującą, że uczeni pracujący w dziedzinie fizyki jądrowej będą podlegali przepisom bezpieczeństwa znacznie bardziej drakońskim niż te, które obowiązywały w Los Alamos w okresie, kiedy pracami kierował tam Oppenheimer, kontrolowany, a równocześnie wspierany przez generała Grovesa.

W jednej z najważniejszych scen filmu Nolan pokazuje, jak jesienią 1945 Oppenheimer zaproszony do Białego Domu wyznaje prezydentowi Trumanowi wprost: „Panie prezydencie, czuję, że mam krew na rękach!”. Truman mówi mu na to, że w Hiroszimie gówno kogo obchodzi, kto zbudował bombę. A kiedy Oppenheimer opuszcza prezydencki gabinet, a drzwi się jeszcze za nim nie domknęły, słyszy słowa prezydenta: „Trzymajcie tę płaczkę z daleka ode mnie”.

A nieco później - w szalenie dramatycznej powojennej sekwencji filmu - kiedy Oppenheimer zeznaje przed Senatem i przed kolejnymi komisjami badającymi jego lojalność wobec Stanów Zjednoczonych, po którymś z posiedzeń jeden z jego adwersarzy wyciąga do niego rękę i Oppenheimer gestu dżentelmena nie odrzuca. Dłoni antagonisty jednak nie przyjmuje żona Oppenheimera.

Widmo moskiewskiej infiltracji

Główne wytaczane Oppenheimerowi po wojnie zarzuty wiązały się z badaniem jego osobistych sympatii i jego wcześniejszych prywatnych kontaktów z ruchem komunistycznym. Widmo moskiewskiej infiltracji nie opuszczało czujnego amerykańskiego kontrwywiadu, co - dopiero po upływie kilku dekad - możemy teraz oceniać obiektywnie.

Po Hiroszimie w środowisku uczonych amerykańskich ostro ścierały się poglądy ideologiczne. I tu można przed Nolanem klęknąć przy ocenie trzech czy czterech pozornie niewiele znaczących epizodów, w których reżyser wprowadza postać Alberta Einsteina. Sędziwy noblista nie opowiadał się za produkowaniem bomby i nie ukrywał wtenczas sceptycyzmu w obawie, co się stanie, jeśli dostęp do broni nuklearnej na świecie uzyska gromada jakichś politycznych prostaków.

Nowa jakość stylistyczna

Ktoś absolutnie zachwycony filmem Nolana, zagaduje mnie po wyjściu z seansu i pyta, jak to możliwe, że z trzech godzin „gadających głów” reżyserowi udało się wykreować spójne niesamowite dzieło. Wszak dramat dwuznacznej osobowości Oppenheimera, Nolan połączył z jego pasją naukową i twardym uporem w dążeniu do skonstruowania w Los Alamos bomby masowego rażenia.

Otóż „Oppenheimer” został przez Nolana skomponowany według dawnych doskonale sprawdzonych narracyjnych zasad dobrego kina. Z tym, że tym razem Nolan posłużył się sprowadzonym do niewiarygodnej dyscypliny montażem krótkich ujęć. Tnąc arbitralnie jedno ujęcie po drugim, często nawet jak gdyby nie dbając o przejrzystość fabularną, reżyser uzyskał nową jakość stylistyczną. A toć szaleńcze tempo opowiadania mocno podnosi emocje. Ekranowy Oppenheimer bierze udział jakby w wyścigu, niczym w jakiejś grze na czas.

Dom wariatów w Princeton

Ogromnie wpływowym politycznym antagonistą Oppenheimera był Lewis Strauss, biznesmen, a zarazem przewodniczący komisji energii atomowej USA. Strauss zrazu, w roku 1946 namawiał Oppenheimera do objęcia kierownictwa prowadzonego przez siebie Instytutu w Princeton. Przed wojną Oppenheimer nazywał placówkę w Princeton domem wariatów. Teraz dowiedział się, że instytut Straussa poważnie traktuje Einstein, więc zmienił zdanie. Bird i Sherwin ustalili, że kiedy Strauss prosił Einsteina, o opisanie idealnej osoby na stanowisko dyrektora placówki, uczony oparł: „Chętnie to zrobię. Musi pan znaleźć osobę bardzo cichą, która nie przeszkadzałaby ludziom myśleć”. Oppenheimer zerwał ze Straussem, kiedy ten opowiedział się za podjęciem prac nad bombą wodorową, której moc jak wiadomo równa jest tysiącom bomb atomowych.
I kiedy reżyser chce ten rozłam podkreślić, perspektywę Straussa filmuje w obrazach czarno-białych, a racje Oppenheimera prezentuje w kolorze.

Już w ruch idą kamienie i kije

Nie trzeba mieć wiedzy z zakresu mechaniki kwantowej, żeby z dzisiejszego punktu widzenia docenić dzieło Christophera Nolana. Twórca świetnie wykorzystał w filmie wspomniane spotkanie Oppenheimera z Albertem Einsteinem. Ujawnienie treści ich rozmowy uchodzącej za poufną, to uroczy filmowy majstersztyk. Natomiast nie wykorzystał Nolan dalekowzrocznej ekstrapolacji Einsteina, który chyba bezbłędnie przewidział jak może potoczyć się los cywilizacji: „Nie wiem jaka broń będzie użyta w trzeciej wojnie światowej, ale wiem, że czwarta będzie toczyć się na kije i kamienie”. Historyczny łomot trwa.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Nie tylko o niedźwiedziach, które mieszkały w minizoo w Lesznie

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Pod urokami ekranu. W kinie rewelacja - Christopher Nolan mierzy się w "Oppenheimerze" z kwadraturą koła - Dziennik Bałtycki

Wróć na kwidzyn.naszemiasto.pl Nasze Miasto