(© fot. materiał prasowy)

Zachęcamy do lektury trzeciego fragmentu powieści "Czarny manuskrypt", który nakładem wydawnictwa Muza 22 marca trafi do sklepów. Autorem książki jest pochodzący z Kwidzyna Krzysztof Bochus.

Fragment rozdziału III - Drogi towarzysz Naun


- Zaiste - powiódł szeroko ręką wokoło - to dzieło jest imponujące i jedyne w swoim rodzaju. Dzięki temu ta pierwotna puszcza, pełna mroku i ciemnoty, to dzisiaj Ost- i Westpreussen, święta ziemia niemieckiego dziedzictwa. Ta misja nie została jednak zakończona… - Starzec mówił jak w transie. - Dzisiejsza Rzesza jest słaba. Trawi ją moralna zgnilizna i kryzys wartości. Jak nigdy wcześniej potrzebne nam są rycerskie cnoty zakonu: wierność, prawość, asceza!

Abell rozejrzał się po gościach na trybunie, ciekawy ich reakcji na słowa Hoenessa. Pochodnie rozświetlały dziedziniec, ukazując na murze przy scenie swoisty taniec cieni. Prezydent Budding zachowywał powściągliwość. Abell mógłby przysiąc, że lustruje spod przymkniętych powiek zachowanie innych. Kobieta siedząca obok, o monstrualnej tuszy, wpatrywała się w starca jak zahipnotyzowana. Niczym ryba wyrzucona na brzeg, poruszała niemo ustami, powtarzając słowa Hoenessa.

Goerdeler i Budding po chwili wahania wstali i zaczęli klaskać. W ślad za nimi podniosła się z miejsc reszta zgromadzonych, jakby czekali na znak władz rejencji. Najbardziej zadziwiająca była reakcja starego Bohna. Nie wstał wprawdzie i nie dołączył do oklaskujących, ale Abell zobaczył, że po jego pobrużdżonych policzkach ciurkiem spływają łzy.

Nagle kątem oka zarejestrował coś, co najpierw go przejęło bezbrzeżnym zdumieniem, a następnie zmroziło mu krew w żyłach. Jeden z rycerzy otaczających Hoenessa ściągnął płócienny hełm i przeszył radcę roziskrzonym, nienawistnym spojrzeniem. Następnie, nie spuszczając z niego gorejących oczu, wykonał dłonią charakterystyczny gest podrzynania gardła. To był Naun.

Abell zerwał się z miejsca, ale w tym samym momencie towarzyszka prezydenta poruszyła swym wielorybim cielskiem, zasłaniając mu widok na dziedziniec. Schmiedke, zaskoczony jego zachowaniem, próbował go o coś zapytać, ale radca odepchnął go i zbiegł po drewnianych stopniach, na tyle szybko, by zobaczyć cień znikający w pobliskiej bramie. Pędem minął dziedziniec i wpadł w gotyckie odrzwia.
Natychmiast wchłonęła go ciemność. Potrzebował sekundy, aby oswoić oczy z mrokiem i zdecydować, w którą stronę powinien biec. Zorientował się, że jest u wejścia do nisko sklepionego korytarza. W głębi dostrzegł nikłe światełko, które po chwili zgasło. Domyślił się, że Naun ma latarkę.

Doleciało go skrzypnięcie ciężko otwieranych drzwi. Ruszył w tamtą stronę, właściwie na wyczucie. Na początku drogę oświetlały mu jeszcze refleksy pochodni z zewnątrz. Dzięki temu nie nadział się na wielkie figury ustawione wzdłuż korytarza. Miał wrażenie, że znajduje się w jakimś bocznym przejściu, równoległym do dziedzińca, na którym nadal odbywał się capstrzyk. Stłumione głosy przenikały przez mur, oddzielający go od bezpiecznego świata, w którym był jeszcze przed chwilą. Przesuwał się powoli, przywierając plecami do ściany. Żałował, że nie ma przy sobie zapalniczki czy choćby zapałek. Wymacał nogą kamienny stopień. Przestąpił go ostrożnie… Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętał, był cichy szelest z lewej strony i nagły ból w czaszce, a potem zapadła ciemność.

Nie potrafił stwierdzić, ile czasu minęło, zanim odzyskał świadomość. Zbierając myśli, nie otwierał oczu, tak jakby mógł odsunąć to, co było nieuchronne. Instynkt podpowiadał mu, że znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Chciał się poruszyć, ale okazało się to niemożliwe. Leżał w pozycji embrionalnej, ze skrępowanymi rękami. Dławił go śmierdzący naftaliną szmaciany knebel. Przez chwilę próbował przyzwyczaić oczy do ciemności i dopiero wtedy zalała go zimna fala lęku. Nic nie widział, bo na głowie miał kaptur.

Zmusił się, by uspokoić oddech. Czuł, jak oblewa go lepki pot. Pomyśleć o czymś innym, pięknym, dalekim od tego miejsca przesyconego zapachem grozy i śmierci. Może o Toskanii, o wieżach San Gimigiano? A może o matce? Albo o czasach, gdy był niewinny, a księga jego życia dopiero się otwierała? Dlaczego musiał się tu znaleźć? Czy tutaj ścieżka się kończy? W mroku i samotności?

Kiedy spróbował nieco podnieść głowę, uderzył głucho w jakąś twardą płytę. Wyczuł zapach butwiejącego drewna. Był nie tylko skrępowany, ale także uwięziony w czymś na kształt skrzyni czy kufra. Musiał zwalczyć kolejny atak paniki. Drzemiący w nim od lat klaustrofobiczny lęk wyrwał się właśnie z uśpienia, dławiąc mu oddech. Przez głowę przeleciał mu obraz, zapamiętany z opowiadania Poego: bohater chory na katalepsję, podejrzewający, że za życia został zamknięty w trumnie1. Tamten tylko podejrzewał, Abell zaś był pewien, że ktoś chce pogrzebać go żywcem.

Ten ktoś właśnie poruszył jego więzieniem.

- Wypuść mnie, bydlaku - zawył Abell, ale odpowiedziała mu tylko cisza. Skrzynia drgnęła i zaszurała po nierównym podłożu. Widocznie tamten ciągnął ją, bo radca wyłapywał ciche stęknięcia, jakie wydaje człowiek zmagający się z dużym ciężarem. Stracił poczucie czasu. Zaczynało brakować mu powietrza, więc przytknął usta do szpary, którą wymacał w drewnianej pułapce. I wtedy poczuł zapach wilgoci. Woń stęchłej wody, takiej jaka zalega w starych studniach. Zrozumiał, że to dopiero początek koszmaru. Naun czy któryś z jego zbirów najpierw go unieruchomił i zamknął w drewnianej skorupie, a teraz najwyraźniej zamierzał go utopić. Właśnie z wysiłkiem postawił skrzynię na sztorc i zaczął ją ponownie przechylać. Ocembrowanie studni? Stopień wiodący do jakiegoś wodnego kanału?

Przeczucie śmiertelnego niebezpieczeństwa sprawiło, że Abell odzyskał trzeźwość umysłu. Zamknął oczy i odprężył ciało. Ku swemu własnemu zdumieniu zaczął się modlić. Po raz pierwszy od wielu lat odnajdywał bez trudu zapomniane, zdałoby się, wersy: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje…”. W tym momencie usłyszał głuche uderzenie i stłumiony jęk, po czym jego trumna przechyliła się i runęła w dół.
Lustro wody musiało być niezbyt odległe, bo uderzenie o nią było prawie natychmiastowe. Na ułamek sekundy stracił świadomość - musiał walnąć głową w wieko. A potem zapadła nierealna cisza. Gdzie był? Na dnie zapomnianej krzyżackiej studni? W kloacznym dole wypełnionym wodą gruntową?
Cisza nie trwała zbyt długo. Najpierw wyczuł wilgoć, a potem usłyszał szmer wody, która cienką strużką wlewała się do środka przez szparę. Naparł całym ciałem, aby powstrzymać napływ wody. Ale wtedy deska pękła na pół i woda popłynęła strumieniem. W desperackiej próbie przedłużenia swojego życia, choćby o ułamek wieczności, wyciągnął głowę ku górze, łapiąc resztki powietrza.

I właśnie wtedy, gdy zgasła w nim ostatnia nadzieja, czyjaś mocarna ręka rozbiła wieko skrzyni i wydobyła go z objęć śmierci. Następny obraz był niewyraźny - ale był. Abell najpierw poruszył palcami rąk i nóg. Głowę rozsadzał mu straszliwy, tępy ból. Płuca płonęły, dławione gorączką. Jednak mimo wszystko żył. Otworzył oczy.
Najpierw zobaczył nad sobą słodkie oblicze Madonny, a chwilę potem kostropatą gębę Kukulki.

- K…mać, panie radco, ledwie zdążyłem. - Wachmistrz odgarnął mokre włosy i potrząsnął czupryną. - Jeszcze moment, a utopiliby pana jak kota. Przewiesiłem pana w dół, aby wypłynęła z pana cała ta woda. Leciało jak z cebra. A teraz zabieramy się stąd. Samochód już czeka.

Abell powstrzymał go ruchem ręki.

- Naun? – wychrypiał.

Kukulka rozłożył ręce
.
- Przykro mi, to nie on.

Obserwuj nas na Twitterze!



height="220" data-colorscheme="light" data-show-faces="true" data-header="true" data-stream="false" data-show-border="true">

Czytaj także

    Komentarze (1)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!